Oblicze wnętrza
Ciemność zaległa wokół
mnie i poczułam jak coś dławi mnie w gardle. Odetchnęłam więc
głęboko i wtedy czerń ustąpiła szarości przeplatanej czerwonymi
ognikami. Łuna aż biła po oczach od pobliskiej przepaści. Zerwał
się wiatr. Moje długie włosy ciągnęły mnie ku rozpadlinie, ale
ja nie chciałam tam iść. Wiedziałam, że wbrew pozorom jest tam
zimno i strasznie. Ale to były tylko moje myśli, ulotne jak
wszystko na tym świecie. Zapierałam się tylko wewnętrznie,
ponieważ nogi moje otulone jedwabistym sukni materiałem, poruszały
się powoli. Krok za krokiem, byłam coraz bliżej niebezpieczeństwa.
Płomienie, które wychodziły na zewnątrz uderzały we mnie, lecz
nic nie czułam. Rozwścieczone atakowały ze zdwojoną siłą, a ja
mogłam tylko patrzeć i ... myśleć. Ciało moje wciąż nie
słuchało mych niemych rozkazów.
Zatrzymałam
się przy samym brzegu. Wdychałam nieznany słodki zapach i czułam,
jak moja głowa opada bezwładnie na pierś. Wiatr ustał i czerń
moich włosów wróciła na swoje miejsce. Otworzyłam tedy oczy, ale
nic nie widziałam. Przepaść zniknęła, a ja nawet nie czułam
ziemi pod stopami. Nie bałam się jednak, czułam wewnątrz swego
ciała rozlewające się ciepło, tak jakby ktoś dotykał mnie
powoli, acz zdecydowanie. Rozbudzałam się. Jakaś nieznana siła
wstępowała we mnie i napełniała życiodajną siłą i rodziłam
się na nowo. Dziwiło mnie, że mając w sobie tyle energii nie mam
siły, aby myśleć. Wydawało mi się to w tym momencie zupełnie
niepotrzebne i nie na miejscu.
Statyczna pozycja w jakiej
znajdowałam się chyba całe wieki a... może tylko chwilę, nagle
uległa zmianie. Zaczęłam spadać a serce moje napełniło się
strachem. Tak bałam się sama nawet dokładnie nie wiedząc czego.
Ciemność ustąpiła i oto znajdowałam się pomiędzy skałami, a
dokoła mnie tańczyły języki ognia. Dosięgały mnie. Wgryzały
się w me młode ciało, a krzyk słyszało tylko moje jestestwo.
Interesujące, jak w takiej chwili w umyśle rozgaszcza się
projekcja dawnych zdarzeń, wspomnień, marzeń. Jest ich tak dużo.
Panoszą się, zajmując całą przestrzeń, a jednocześnie nie jest
się w stanie utrzymać ani jednej myśli przy sobie.
Cisza. Nic
tylko cisza. Już nie spadam. Pod nogami wyczuwam coś na kształt
stałego podłoża. Robi się jasno, wręcz oślepiająco. Zakrywam
dłonią oczy, a gdy ponownie je otwieram, znów jest ciemno lecz tym
razem to czerń otchłani. Wyczuwam ją szóstym zmysłem. Wyciągam
do niej rękę, a ona wciąga mnie powoli i czuję jak pomału moje
rozgrzane jeszcze nie tak dawno ciało, staje się coraz zimniejsze.
Zamieram otulona lodem. To takie naturalne, że na mojej twarzy nie
widać zdziwienia, jest tylko puste oblicze kogoś, kto kiedyś był
człowiekiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz