poniedziałek, 24 czerwca 2013

Oblicze wnętrza

Oblicze wnętrza



Ciemność zaległa wokół mnie i poczułam jak coś dławi mnie w gardle. Odetchnęłam więc głęboko i wtedy czerń ustąpiła szarości przeplatanej czerwonymi ognikami. Łuna aż biła po oczach od pobliskiej przepaści. Zerwał się wiatr. Moje długie włosy ciągnęły mnie ku rozpadlinie, ale ja nie chciałam tam iść. Wiedziałam, że wbrew pozorom jest tam zimno i strasznie. Ale to były tylko moje myśli, ulotne jak wszystko na tym świecie. Zapierałam się tylko wewnętrznie, ponieważ nogi moje otulone jedwabistym sukni materiałem, poruszały się powoli. Krok za krokiem, byłam coraz bliżej niebezpieczeństwa. Płomienie, które wychodziły na zewnątrz uderzały we mnie, lecz nic nie czułam. Rozwścieczone atakowały ze zdwojoną siłą, a ja mogłam tylko patrzeć i ... myśleć. Ciało moje wciąż nie słuchało mych niemych rozkazów.
Zatrzymałam się przy samym brzegu. Wdychałam nieznany słodki zapach i czułam, jak moja głowa opada bezwładnie na pierś. Wiatr ustał i czerń moich włosów wróciła na swoje miejsce. Otworzyłam tedy oczy, ale nic nie widziałam. Przepaść zniknęła, a ja nawet nie czułam ziemi pod stopami. Nie bałam się jednak, czułam wewnątrz swego ciała rozlewające się ciepło, tak jakby ktoś dotykał mnie powoli, acz zdecydowanie. Rozbudzałam się. Jakaś nieznana siła wstępowała we mnie i napełniała życiodajną siłą i rodziłam się na nowo. Dziwiło mnie, że mając w sobie tyle energii nie mam siły, aby myśleć. Wydawało mi się to w tym momencie zupełnie niepotrzebne i nie na miejscu.
Statyczna pozycja w jakiej znajdowałam się chyba całe wieki a... może tylko chwilę, nagle uległa zmianie. Zaczęłam spadać a serce moje napełniło się strachem. Tak bałam się sama nawet dokładnie nie wiedząc czego. Ciemność ustąpiła i oto znajdowałam się pomiędzy skałami, a dokoła mnie tańczyły języki ognia. Dosięgały mnie. Wgryzały się w me młode ciało, a krzyk słyszało tylko moje jestestwo. Interesujące, jak w takiej chwili w umyśle rozgaszcza się projekcja dawnych zdarzeń, wspomnień, marzeń. Jest ich tak dużo. Panoszą się, zajmując całą przestrzeń, a jednocześnie nie jest się w stanie utrzymać ani jednej myśli przy sobie.

Cisza. Nic tylko cisza. Już nie spadam. Pod nogami wyczuwam coś na kształt stałego podłoża. Robi się jasno, wręcz oślepiająco. Zakrywam dłonią oczy, a gdy ponownie je otwieram, znów jest ciemno lecz tym razem to czerń otchłani. Wyczuwam ją szóstym zmysłem. Wyciągam do niej rękę, a ona wciąga mnie powoli i czuję jak pomału moje rozgrzane jeszcze nie tak dawno ciało, staje się coraz zimniejsze. Zamieram otulona lodem. To takie naturalne, że na mojej twarzy nie widać zdziwienia, jest tylko puste oblicze kogoś, kto kiedyś był człowiekiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz