Helena
Tego
przełomowego dla mojej duszy dnia stałam w oknie i patrzyłam na
świat. A on spał cichym snem zimowym, otulony kołdrą białego
puchu. Wyczuwałam moim kobiecym instynktem zło, które czaiło się
nieopodal. Wiedziałam, że czeka na moment mojej słabości, by
porwać mnie w swe lodowe objęcia i zabrać daleko od otoczenia,
jakie znam.
Zawsze bałam
się choroby psychicznej i dlatego właśnie to ona wciąż siedziała
cicho, jak przysłowiowa mysz pod miotłą i wołała cichutko,
paradoksalnie niczym wiosenny wietrzyk: „Heleno, Heleno. Jestem
przy Tobie. Już zawsze będę Twoim cieniem”. Można by pokusić
się o rozważenie, czy głos ten naprawdę istniał w mojej głowie,
czy może jednak to ja sama zabawiałam się z sobą w ten
nieprzyzwoity sposób, zsyłając ciągły niepokój w mojej głowie.
Stawiać się w problemowej sytuacji, która nas przeraża i badać
stan swojego umysłu, przekonując się na ile jesteśmy zdolni do
popełnienia niegodnych czynów. Na przykład morderstwa...
Często
grałam w tę grę. Udawałam przed sobą, że oprócz mnie, miłej
sympatycznej Heleny jest druga Helena, która stanowi najgorszą
esencję duszy ludzkiej, zdolnej do najgorszej zbrodni. Zazwyczaj
pojawia się powoli w moim umyśle, wyłaniając się z nocy mglistej
i nieprzeniknionej. Nie ma przeszłości, ani przyszłości. Stanowi
moje teraźniejsze odbicie, sprawiając iż jesteśmy we dwie w
jednym ciele złączone. Znika równie szybko, jak się pojawia i tak
samo zagadkowo. Jest moim najwierniejszym przyjacielem i jednocześnie
najgorszym z wrogów.
Na
szczęście pojawiała się rzadko, bo nie potrzebowałam zastanawiać
się nad złą naturą człowieka. Żyłam sobie szczęśliwie z
rodzicami w zamku, położonym na wzgórzu. Byłam jedynym dzieckiem
rodziców, ale nie byłam rozpieszczona.. Cieszył mnie każdy dzień.
Nawet te złe, przykre chwile umiałam zamienić na dobre, doceniając
wszystko, co los mi zsyłał. Jednej rzeczy jednak nie doceniłam i
od tego momentu mój obłęd począł pojawiać się częściej.
Moje
nieszczęście spadło na mnie z chwilą, gdy o moją rękę starać
się zaczął pewien hrabia Bernard. Był to bardzo poczciwy
młodzieniec i ogromnie przypadł moim rodzicom do gustu. Jego
zainteresowanie moją osobą wyraźnie ich cieszyło i nie kryli
przed nami swego zadowolenia. A ja? No cóż. Im bardziej on starał
się zaskarbić sobie moje uczucia, tym większym wstrętem napawała
mnie jego osoba. Był tak dobry i lubiany przez wszystkich, że na
sam jego widok dostawałam mdłości i krew burzyła się w moim
krwiobiegu ze zdenerwowania. Najgorsze było to, że nie umiałam
wytłumaczyć sobie swojej niechęci do niego. Przecież był
przystojnym młodzieńcem, któremu nie brak było intelektu,
oczytania, a Jego charakter i aparycja były urzekające. Spędzałam
długie godziny haftując obraz i zastanawiając się nad tą
nienawiścią, trawiącą moje serce. Do tej pory nigdy nie myślałam
o nikim w taki sposób. Modliłam się długo do Boga, by odegnał
plugawe myśli. Pomocy z niebios jednak nie otrzymałam. Wiłam się
ciągle w rozpaczy. Schudłam, zbladłam. Moja matka ręce załamywała
nade mną, płacząc co chwila, że wpędzę siebie i ją przy okazji
do grobu.
Pewnego
marcowego poranka obudziłam się rześka i uspokojona wewnętrznie.
Czułam, że dzisiaj coś się wydarzy. Odetchnęłam pełną piersią
i udałam się na spacer po wzgórzach. Śnieg jeszcze całkiem nie
stopniał, ale słońce już grzało mocniej. Słychać też było
śpiew ptaków. Stałam tak zasłuchana w ten wesoły trel, gdy nagle
jakiś ruch obudził mnie z tego upojnego snu. Rozejrzałam się
nieprzytomnym wzrokiem i oto na skraju lasu spostrzegłam hrabiego
Bernarda, który właśnie zsiadał z konia. Nie widział mnie, więc
mogłam go obserwować bez obawy, że zostanę na tym przyłapana.
Mój zalotnik skradał się powoli, trzymając procę w dłoni. Moje
serce zabiło mocniej, gdy okazało się, że hrabia celował do
ptaka siedzącego na gałęzi. Ptak spadł chyba na trawę. Z tej
odległości, w której się znajdowałam nie było widać dokładnie,
więc niepostrzeżenie zbliżyłam się i przyklękłam za
rozłożystym krzakiem dzikiej maliny. Bernard podszedł do miejsca,
gdzie upadło zwierzę i podniósł je z ziemi. Przyglądał mu się
krótką chwilę z zainteresowaniem, po czym chwycił dwoma palcami
główkę ptaka, przekręcił ją i wyrzucił z obrzydzeniem
brązowo-szare ciałko w pobliskie zarośla. Wtedy dotarło do mnie,
że ptak musiał jeszcze żyć, więc hrabia ukręcił mu łepek.
Osunęłam
się na ośnieżoną trawę. Oto ten dobry człowiek, który starał
się o moją rękę okazał się okrutnym stworzeniem. Rozumiałabym
gdyby polował na gołębia – w końcu gołąb stanowi element
naszych regionalnych potraw, na przykład:
GOŁĘBIE
PIECZONE, SZPIKOWANE SŁONINĄ
Składniki:
2
duże gołębie
6
dkg słoniny
sól
4
dkg tłuszczu
zielenina
Nadzienie:
10
dkg cielęciny
4
dkg bułki
3
dkg margaryny
mleko
wątróbki
1-2
jaja
1-2
łyżki tartej bułki
sól,
pieprz, gałka muszkatołowa
Skruszone,
sprawione gołębie starannie opłukać, osączyć, odciąć główki,
nasolić na 1-2 godziny przed przyrządzeniem. Nóżki założyć w
„kieszonkę”, skrzydła założyć na grzbiet. Piersi naszpikować
słoniną. Bułkę namoczyć w mleku, lekko odcisnąć, przepuścić
przez maszynkę razem z opłukanymi wątróbkami i cielęciną.
Przyrządzić nadzienie: margarynę utrzeć z żółtkami, dodać
zmieloną masę, przyprawy, mleko i starannie utrzeć. Ubić pianę,
wymieszać z nadzienie(powinno być ono pulchne). Jeśli jest za
rzadkie, można dodać bułki tartej. Nadzienie wkładać cienką
warstwą pod skórę (którą wpierw podważyć trzonkiem łyżki) od
końców piersi aż po skrzydełka i do grzbietu, Resztę nadzienia
włożyć do środka. Tuszkę zaszyć, ułożyć na rozgrzanym
tłuszczu w brytfannie, polać tłuszczem z wierzchu i wstawić do
gorącego piekarnika. Piec około 1 godziny. W czasie pieczenia
polewać tłuszczem i skrapiać wodą. Zrumienione, upieczone gołębie
wyjąć, podzielić na połówki, ułożyć na podłużnym półmisku
w całości, polać sosem z pieczenia, przybrać zieleniną. Podawać
z borówkami i ziemniakami lub kompotem.
… ale
nie na niewinnego ptaszka, który cieszył się z nadchodzącej
wiosny i śpiewał o tym całemu światu. Byłam zdruzgotana i
wiedziałam już, dlaczego od pierwszej chwili pałałam niechęcią
do Bernarda.
Jednak
obok złości na niego wykluła się w mojej głowie myśl o tym, czy
byłabym zdolna do okrucieństwa. Byłam świadkiem niegodnego czynu
hrabiego i dręczyłam się rozpamiętywaniem tej sceny. Zła Helena
stała się moim cieniem. Wciąż myślałam o tym i grałam ze sobą,
będąc ciekawą, która z nas okaże się silniejsza. Wygrałam, na
razie.
Tak
byłam pogrążona w penetrowaniu możliwości swojego umysłu, że
nie dotarło do mnie, że Bernard poprosił rodziców o moja rękę,
a oni z radością zgodzili się na ślub. Czy i ja wyraziłam swoje
zdanie na ten temat? Nie pamiętam. W ogóle wszystko, co miało
miejsce po zdarzeniu w lesie było w moich wspomnieniach zamazane.
Tak
więc dzień mojego ślubu zbliżał się, a ja nie mogłam się już
wycofać. Mój umysł snuł krwawe wizje, po zakończeniu których
trawiły mnie ciężkie wyrzuty sumienia. Uświadomiłam sobie, że
ja zawsze dobra, o szlachetnym sercu skrywam w sobie istotę ciemną,
nieznaną, nikczemną. Byłam tak zmęczona wewnętrzną walką, że
siedziałam w swojej komnacie i patrzyłam w okno. Mało jadłam,
prawie wcale. Moja matka bała się, że narzeczony może jeszcze
odwołać ślub, bo wyglądałam jak zjawa. Podobnie się zresztą
czułam – stałam się cieniem dawnej siebie. Doszło do tego, że
nie miałam już sił myśleć. Snułam się tedy po zamku otępiała
i przytłoczona ciężarem samej siebie.
Minął
rok. Mój narzeczony miał powrócić z półrocznej wyprawy,
oczekiwano go lada dzień. I gdy stałam zadumana w oknie, do mojej
głowy zakradła się pewna myśl. Jej korzenie oplotły moje serce i
zagościły tam już na dobre. Miałam plan, jak uwolnić się od
małżeństwa i na zawsze zakończyć spór pomiędzy dwoma kobietami
w moim jestestwie. Teraz, kiedy to wspominam, sądzę, że ciemna
strona mego ja zawładnęła mną całkowicie – tak mocno, iż
zatraciłam granicę pomiędzy dobrem, a złem. W dodatku uleciały
ze mnie wszelkie skrupuły i oznaki człowieczeństwa. Uśmiechnęłam
się tylko złowieszczo i czym prędzej udałam się do chłopca
stajennego. Poleciłam mu wyruszyć na spotkanie z hrabią i oddać
mu list. W liście tym napisałam Bernardowi, by nie zawiadamiał o
swoim przybyciu nikogo prócz mnie i by czekał przy wrotach zamku o
północy. Liczyłam na to, że prośba o spotkanie sam na sam
zaintryguje mojego przyszłego małżonka. Sama z rosnącą
niecierpliwością oczekiwałam sądnego dnia. Bywały chwile kiedy
czułam się tak podekscytowana tym, co zaplanowałam, że nie mogłam
usiedzieć na miejscu i wciąż odbywałam długie wędrówki po
okolicy. Ale były i takie, podczas których siedziałam w swoim
pokoju milcząca i opanowana do tego stopnia, że nic nie było w
stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Znajdowałam się w głębokim
uśpieniu, oszczędzając siły na atak, który niedługo miał
nastąpić.
Otóż
i nadszedł długo wyczekiwany przeze mnie moment. Tego dnia deszcz
padał os samego rana. Ciemne chmury zawisły już o brzasku nad
naszymi głowami. Jakoż przed południem jeszcze zakradł się do
mej komnaty towarzysz hrabiego, z którym nigdy się nie rozstawał i
doniósł mi, że jego pan dzisiejszej nocy będzie na mnie czekał.
Odesłałam go, a sama zaczęłam się przygotowywać do naszego
spotkania. Ubrałam swoją najpiękniejszą suknię i służącej
kazałam upiąć misternie swoje ciemne włosy. Dziwnym było dla
mnie to, że ze stoickim spokojem oddałam się lekturze, umilając
sobie czas, jaki mi został do spotkania. O północy cicho wymknęłam
się z zamku i doszłam do bramy. Tam już czekał znienawidzony
przeze mnie mężczyzna.
–O
pani! Jakież to szczęście mnie spotkało! –hrabia ucałował
moją dłoń i stał uśmiechając się głupkowato.
–Cieszę
się hrabio, żeś przybył do nas cały i zdrowy. Teraz pozwól,
chciałabym Ci coś pokazać.– z wielka odrazą złapałam go za
rękę i poprowadziłam wzdłuż muru, aż do miejsca, w którym
znajdowała się wysoka wieża. Przy niej umiejscowiona była furtka,
którą otworzyłam powoli, by nie wydała z siebie ani jednego
cichego, skrzypiącego jęku i weszliśmy na dziedziniec. Wejście do
baszty stało otworem, więc ruszyłam w tę stronę. Dziwiłam się,
że Bernard nie zadaje pytań tylko pozwala mi prowadzić się po
schodach wieży. Nie zmierzaliśmy jednak na jej szczyt, ale w dół,
tajemnym przejściem, które odkryłam dawno temu, bawiąc się w jej
wnętrzu. Było tu wilgotno i nieprzyjemnie, a korytarz rozwidlał
się tworząc coś w rodzaju labiryntu. Bardzo łatwo było się
zgubić w tym miejscu komuś, kto nie spędził tu tyle czasu, co ja.
A spędziłam w tych murach praktycznie całe dzieciństwo, ukrywając
się przed światem zewnętrznym.
Z
rozmyślań wyrwała mnie świadomość zbliżania się do celu.
Skręciłam w prawo, korytarz kończył się maleńką komnatą,
zamykaną ciężkimi drzwiami.
W
środku zapaliłam świecę i naszym oczom ukazał się drewniany
stół, na którym stał dzban i dwa drewniane kielichy. Bernard
podszedł i nalał sobie kieliszek.
–Ty
to przygotowałaś? To ta niespodzianka, którą chciałaś mi
pokazać? –zbliżył się do mnie i przytulił, a ja poczułam jak
soki trawienne podchodzą mi do gardła. Zalała mnie fala
przenikliwego gorąca, która osłabiła mnie do tego stopnia, że
szybko musiałam wyswobodzić się z jego ramion.
–Tak,
mój drogi. Chciałam byśmy przyjemnie spędzili czas. Ale… ale
pewnie jesteś spragniony po podróży. Może się więc napijesz
tego wybornego wina?
Podniosłam
kielich i podałam mu. Ten, niczego nie podejrzewając, wychylił
zachłannie całą zawartość naczynia. Drżałam z emocji, nie
mogąc doczekać się działania trucizny, chciałam, by wił się z
bólu przez trawiący go od środka jad. Hrabia zbliżył się nagle
do stolika, chcąc nalać i dla mnie tego cudnego trunku, kiedy
zachwiał się i upadł na podłogę, wprost pod moje stopy. Jego
ciałem targały konwulsje, a oczy wybałuszył do granic możliwości.
Czułam, że jego koniec jest bliski i on też to rozumiał, tylko
nie wiedział, dlaczego umiera. Dostrzegłam to w jego przerażonym
spojrzeniu.
Uciekłam
stamtąd. Biegłam szybko, z trudnością łapiąc oddech. To nie był
jeszcze koniec moich mrocznych czynów tej nocy. Czułam w sobie
niezwykły żar, który rozpalał moją krew, nie pozwalając mi
myśleć racjonalnie. Opętana przez własne słabości i lęki,
których tak bardzo się obawiałam podążałam dalej obraną przez
siebie ścieżką. Wkrótce dotarłam do miejsca, gdzie zostawiliśmy
służącego Aleksego.
–Aleksy!
Twój pan prosił mnie, bym przyprowadziła cię do niego. Idź,
zatem za mną i nie zbaczaj z drogi – powiedziawszy to obróciłam
się tyłem do niego. Mężczyzna poszedł za mną. Prowadziłam go
tą sama trasą, którą przebiegałam przed dwoma minutami w takim
pośpiechu. Teraz jednak owładnęła mną cisza. Szłam pewnie i
spokojnie, stąpając po wilgotnej, betonowej posadzce.. Dotarliśmy
wreszcie do komnaty, w której to wnętrzu leżał martwy hrabia.
Aleksy przyskoczył do niego, chcąc najwyraźniej mu pomóc. W tym
samym momencie jednak zatrzasnęłam mocarne drzwi. Stara,
zardzewiała zasuwa nie dała się ruszyć. Z narastającym
przerażeniem szarpałam nią, chciałam bowiem zdążyć przed
reakcją Aleksego. W końcu udało mi się zmusić uparty kawałek
metalu do posłuszeństwa i ukryłam tym samym ciemną tajemnicę
mego życia.
Przystanęłam,
nasłuchując. Po chwili służący domyśliwszy się wszystkiego,
począł uderzać pięściami w blaszaną barykadę i wrzeszczeć na
całe gardło. W jego głosie początkowo było zdziwienie. Biedak
niedowierzał własnym zmysłom. Później opanowała nim złość, a
dopiero na końcu strach. Tej paniki nie chciałam słuchać. Bałam
się, że do końca mych dni będzie mnie prześladował jego krzyk.
Odeszłam więc czym prędzej, zostawiając za sobą pomieszczenie,
zawierające dowody mojej zbrodni.
Nie
wiem, w jaki sposób znalazłam się w swoim pokoju. Pamiętam
tylko, że moja głowa wirowała od zdarzeń, które niedawno miały
miejsce i nie byłam w stanie uczepić się jednej konkretnej myśli.
Stojąc na miękkim dywanie pytałam samą siebie, czy morderstwa
jakich się dopuściłam były snem, czy zdarzyły się na jawie.
Omdlałą znaleziono mnie następnego dnia przy otwartym oknie.
Stwierdzono, iż musiałam je otworzyć, chcąc zaczerpnąć świeżego
powietrza. A jak było naprawdę? Myśl o głębi wiecznej nocy była
tak pociągająca, że kto wie, czy w moim stanie niepoczytalności
nie chciałam przekonać się, czy będzie łaskawa i dla mnie.
Oficjalnie
hrabia nigdy nie dotarł do naszego zamku. Stałam się porzuconą
narzeczoną, ale tylko w oczach rodziców i służby, bo chłopiec
stajenny, którego posłałam ongiś z listem do narzeczonego, myśli,
że w liście tym zerwałam nasze zaręczyny i hrabia wrócił
nieszczęśliwy do domu.
Prawdę,
jak na razie, znam tylko ja, Ty i druga Helena oczywiście.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz